Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
WISHBONE ASH czyli 40 lat minęło...
#1
Nie będę ukrywał swojej ogromnej radości z faktu, iż od kilku dni jestem szczęśliwym posiadaczem biletu na edynburski koncert Wishbone Ash, który odbędzie się w ramach trasy koncertowej uświetniającej 40-lecie istnienia zespołu...

Pamiętam jak dziś jak ponad 15 lat temu rozpocząłem moją muzyczną "edukację"; ten dreszczyk ekscytacji wynikający z poszukiwania, chęci poznania i radości odkrywania. Nieocenioną rolę w moich odkryciach odegrał bez wątpienia mój tata, który obrał sobie za cel nakierowanie mnie na właściwe tory muzyczne. Jednym słowem: nie chciał dopuścić abym zgnił w oparach disco, rapu czy innego badziewia...

Kiedy nasze drogi zaczynały się rozchodzić (ojciec gustował głównie w blues-rocku), a mój kochany ojczulek nie mógł zrozumieć i zaakceptować mojej fascynacji rockiem progresywnym (spytajcie go kiedyś o Yes, a on odpowie wam coś w stylu:" aaa, to ci co uczą się grać") uznał, że jedyną szansą "odratowania" mnie było znalezienie czegoś po środku. Namówił mnie abym posłuchał Wishbone Ash i podrzucił mi ich pierwszą płytę z 1970 roku.

Pamiętam jak dosłownie powaliły mnie te dwie gitary prowadzące: niby każda z nich jakby grała swoje, ale znakomicie współgrały ze sobą. Uwielbiałem tę moc płynącą z tej muzycznej uczty, ale pomimo pozornego chaosu wszystko zdawało się mieć swoje miejsce. Przez kolejnych kilka dni miałem dylemat, który utwór był moim ulubionym: "Lady Whisky" czy "Phoenix"...
Potem jak lawina mój odtwarzacz (kasetowy wówczas) zalała fala "łiszbołnowych" dżwięków; przyszły "Argus", "Pilgrimage" czy "There's The Rub" (z moją ukochaną "Persefoną").

Kariera WA toczyłą się jak większości wielkich zespołów: raz na wozie, raz pod wozem. Muszę jednak przyznać, że jest ich muzyka zawsze pozostawał bliska mojemu sercu. Zawsze uwielbiałem te gitarowe duety, tę harmonię i ład w ich muzyce pomimo tego nadmiaru gitarowych dźwięków. Panowie potrafili zachować w swoich utworach odpowiednie proporcje, nie tracą przy tym tzw. feeling'u, ale nie ograniczając się również prostych piosenkowych schematów. Jednym słowem ich twórczość miała tego pazura i czegoś co zwykliśmy nazywać mianem "ducha".

Od kilku dni skutecznie (w ramach zbliżającego się wielkimi krokami koncertu) przypominam sobie ich twórczość, tę starszą i tę nowszą, a ostatnią (niedawno odkrytą przez mnie) płytą "The Power Of Eternity" jestem wręcz zachwycony. Andy Powell i spółka są w rewelacyjnej formie i o poziom koncertu absolutnie się nie boję.

Mam tylko nadzieję, że na sam koniec koncertu zagrają "Phoenix" 'a ..... Jak za starych dobrych czasów.
Odpowiedz
#2
Patyku

Wishbone Ash występował niestety w Olsztynie a nie w Gdyni:-(
A long time ago came a man on a track...
Odpowiedz
#3
Grali zarówno w Bohemie olsztyńskiej (16.09.09) jak i gdyńskiej (17.09.09). Chyba że nastąpiły w tzw. międzyczasie zmiany tudzież odwołania koncertów.
Odpowiedz
#4
Nie było koncertu w gdyńskiej Bohemie.
A long time ago came a man on a track...
Odpowiedz
#5
Obejrzeć Wishbone Ash było prawdziwą frajdą. Zagrali po prostu świetnie.

Początki nie były zachęcające; mury i farba ostatniego odnawiania The Queen's
Hall pamiętają chyba okres międzywojenny. Wielkość sali również nie powalała
na kolana. Na szczęście (jak później się okazało) wypełnili ją (niemal do
ostatniego miejsca) prawdziwi oddani i fanatyczni fani Wishbone (w
przeważającej większości będących w wieku moich rodziców), których żywiołowe
reakcje towarzyszące przez cały koncert stworzyły niesamowitą atmosferę
czyniąc ten występ jeszcze bardziej niezapomnianym.

Ze złotego składu pozostał wprawdzie tylko Andy Powell, ale jak się okazało
dobór personalny obecnego składu nie pozostawił przypadkowi. Drugi
gitarzysta Muddy Manninen nie ustępował ani poziomem ani techniką Andy'emu...
może co najwyżej żywiowołością, bo co by nie mówić pomimo sześćdziesięciu lat
na karku Andy szalał na scenie. Natomiast Manninen pochodzi z Finlandii i
jego skadynawska powściągliwość była przeciwwagą dla nie oszczędzającego się
Powella. Nowy perkusista Joe Crabtree grał żywiołowo również zupełnie
przeciwstawnie do drugiej części sekcji rytmicznej - basisty Boba Skeata...
Widocznie obecny skład Wishbone został dobrany na zasadzie przeciwności...

Zaczęli dość nieoczekiwanie od "Runaway" z płyty "New England". Świetne i
nie starzejące się brzmienie szło w parze z nienaganną techniką i
przysłowiowym "pałerem". Kolejne utwory poza "Driving A Wedge" z ostatniej
płyty wypełniły klasyki. Były i "The King Will Come" i "Throw Down the
Sword" z "Argusa" i "Lady Jay" z There's The Rub". Na kolejne kilkanaście
minut zespół wspomógł wpierw na elektrycznych skrzypcach a później na
gitarze Pat McManus. Zwłaszcza dzięki skrzypcom kolejne utwory z setlisty:
"Master of Disguice" i "Errors Of My Way" zabrzmiały (szczególnie pierwszy z
nich bardzo celtycko.

Jedyne nie do końca udana część tego występu to "The Way of the World",
którego wykonanie długo nie mogło nabrać tego pędu nawet w drugiej,
instrumentalnej (i rozimprowizowanej) części utworu.

Kolejny "Front Page News" również nie był najszczęśliwszym utworem w
zestawie, ale później było już tylko lepiej: niespodziewany w zestawie
"Engine Overheat" z "Twin Burrels Burning" zabrzmiał bardziej motorycznie,
ale nie tak topornie jak na płycie. Na sam koniec mógł zabrzmieć tylko
jeden utwór. Mam wspominać, że "Phoenixa" zagrali fenomenalnie i
najzwyczajniej w świecie zmiatał z nóg? Powell i Manninen wymieniali się
solówkami, dając się z każdą kolejną minutą porwać magii utworu.

Na bis zagrali nieśmiertelne "Blowin' Free" na trzy wiosła (Pat McManus tym
razem wspomagał chłopaków na gitarze), również rozbudowane o liczne sola
poszczególnych gitarzystów i "Ballad Of The Beacon".

Było najzwyczajniej w świecie super i nie przeszkadzał mi nawet brak w
setliście kilku utworów, które chciałem aby zabrzmiały na żywo tego wieczoru
("Living Proof", "Sometime World", "Persephone", "That's That"). Nie ma się
tego co się lubi to lubi się to co się ma... do tego w takim wykonaniu.

Niemniej WA w ramach odbywającej się rocznicowej trasy (to już 40 lat!)
zawitają na początku przyszłego roku również do Polski.

Polecam!
Odpowiedz
#6
Juz troche wiecej lat minelo niz 40 lat, a chlopaki nadal graja. Wczoraj wybralem sie na dlugo oczekiwany przeze mnie koncert WA i sie nie zawiodlem.
Na poczatku klasyki: The King will..., pozniej Warrior znowu piekne solowki, ostre granie i harmonia a na scenie radosc z grania. Pozniej kilka utworow z nowej plyty, znowu klasyk Sometime World, instrumentalny Pilgrim a na koniec kilkunastominutowy PhonixUśmiech Znowu muzyka z najwyzszej polki w kameralnej atmosferze Colos-Saal Uśmiech Ponad 2 godzinki rockowego grania. Powell i spolka ma sie naprawde dobrze. Polecam jeszcze razUśmiech


Załączone pliki
.jpg   IMG00117-20120214-2138.jpg (Rozmiar: 84.62 KB / Pobrań: 6)
.jpg   IMG00109-20120214-2134.jpg (Rozmiar: 94.23 KB / Pobrań: 4)
.jpg   IMG00113-20120214-2136.jpg (Rozmiar: 86.22 KB / Pobrań: 4)
Odpowiedz


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Wishbone Ash mirek 27 8,392 24.12.2011, 16:10
Ostatni post: Patique
  Europe 20 lat później wAcEk 6 2,397 27.08.2009, 09:15
Ostatni post: macsa
  25 Lat BET 2 2,623 08.12.2005, 21:46
Ostatni post: tawnuk
  Peter Gabriel "SO" 20 lat po premierze darco 0 4,422 Mniej niż 1 minutę temu
Ostatni post:
  David Gilmour konczy 69 lat darco 0 15,128 Mniej niż 1 minutę temu
Ostatni post:

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości